sobota, 18 lutego 2012

Siostrzana miłość.

Czy znacie podobne do siebie, kochające sie siostry? Ja nie. Wszystkie kobiety, które znam i cenię a które mają (nie)szczęście posiadać rodzeństwo płci żeńskiej przyznają z przesadną szczerością, że ich siostry są kretynkami. Oczywiście robią to ośmielone moimi wyznaniami w tej materii. Dziś, w czasie drugiej godziny spaceru z Dzieckiem (sanki, bałwan, odsnieżanie podwórka i taki tam czułości) dzwoni mój telefon w kieszeni:
-Cześć Siostra, nie ma Was w domu?
-Jesteśmy, tylko Mama pojechała do fryzjera, ale zaraz wraca.
-Więc dlaczego nie dobierasz stacjonara?
-Może dlatego, że jestem na spacerze z Dzieckiem, idziemy jutro na ten spektakl?
-No właśnie dzwonię w tej sprawie. Możemy Cię zabrać.
-O to świetnie, bo w zasadzie to już tydzień temu sobie zaplanowałam, że mnie po trasie zgarniecie, tylko nie miałam Wam kiedy o tym powiedzieć.:)
- Nie mam dzis nastroju do żartów.
-Coś sie stało?
- Nie.
- Na pewno?
-Nie, nie smieszy mnie poprostu fakt, że sobie zaplanowałaś cos tydzień temu i zapomniałaś mi o tym powiedzieć.
- Szkoda, do jutra.
I sie rozłączyłam. Nie mam juz ochoty jechać na te spektakl. Przypomniałam sobie dlaczego od 10-ciu lat do Niej nie dzwonię. Jak mozna prowadzić konwersację ze laską, która połkneła kij od szczotki? Od chwili kiedy wyprowadziłam się z domu, zerwał się nasz kontakt. Od niecałego roku znów mieszkam u rodziców i Ona od tej chwili praktycznie tu nie przyjeżdża, choć mieszka 5 km dalej i kiedyś siedziała u rodziców co weekend na obiadkach.

Jesteśmy kompletnie różne. Ja uległa, dzieciata, ciepła i dbająca o innych. Ona posępna suka, bezdzietna, przeżuta zazdrością i kompleksami. Zabija wzrokiem i słowem. Rani gestem i spojrzeniem. (Zupełnie jak Moja matka). Nie zliczę Jej fakultetów. Ja skończyłem studia jedne, ale dobre. Jestem specjalistą w swoim fachu. Ona jest specjalista we wszystkich fachach. W moim tez, choć nie ma na ten temat bladego pojęcia, bo zrobiła sobie roczne studium na zbliżony temat. Nie lubię Jej. Nikt Jej nie lubi. Sama siebie nie lubi. Żal mi Jej.
Przykro mi, że wszystkie moje koleżanki maja podobne zdanie na temat swoich sióstr.
Więzy krwi znaczą tle co akt małżeństwa, czyli Nic.

sobota, 17 grudnia 2011

kawałek historii

No dobra, coś tam zdradzę... Kiedyś On sprawdzał swoja prywatną pocztę na moim komputerze. Ma kilka kont, więc wcale nie spodziewałam się, że coś tam znajdę. Nie otwierałam żadnej służbowej korespondencji. Tylko wysłane do kobiet. No i znalazłam. Ochy i achy do byłej. Jak to Ja kocha, jak to chciałby wrócić. Mamił mnie i zabezpieczał tyły. Pomyślałam, że ja też nie jestem święta, bo tyły mam zabezpieczone i nie ukrywałam, że muszę podjąć próbę ratowania małżeństwa, zamiast od razu je przekreślać. Tak będzie uczciwie. Wielokrotnie mówił, że kocha i będzie na mnie czekał. No i sie przekonałam jak czeka. W duchu dziękowałam Bogu za tę otwartą u mnie pocztę (nie zamknał i pobiegł na pociąg do Gliwic). Uznałam, że nie bez powodu tak sie stało, że to zobaczyłam. Wierzcie, gdyby nic nie było, gdyby pobieżnie przeglądając nic nie wlazło mi w oczy. Nie zagłebiałabym się w korespondencję. Jednak kiedyś też tak ufałam mojemu Mężowi i znalazłam niezłe opisy bliskich relacji z Byłą.. i innymi seksualnymi koleżankami jak byłam w drugim miesiącu ciąży. Myślę, że nieprzerwane pasmo nerwów sprawiło, że urodziłam za wcześnie i do dzisiaj Młody w nocy nie śpi. Ale to na marginesie.

Zaczęło się między nami psuć od chwili kiedy to znalazłam. Nigdy nie podjęłam tego tematu, ponieważ nie chciałam sie przyznać, że wiem (no i ten gigantyczny wstyd, że to złamałam tajemnice korespondencji). Wolałam obserwować. Gdzieś podświadomie nie dopuszczałam do siebie tego, że jest jebanym kobieciarzem i dalej Go kochałam. On oczywiście też mnie kochał. Dużo bardziej niż Monikę, Kasię i Zdzisię.
Ale co tak naprawdę przeważyło szalę?
Miesiąc temu przyszła do naszej firmy Kierowniczka Działu Architektury. Ponieważ siedzę w pokoju, gdzie znajduje się centrum dowodzenia (bo jestem w dziale przedinwestycyjnym), usiadła obok mnie. Żeby była jasność - jest moją przełożoną. 36 lat. Singielka. Szczupła. Zmarszczki. Zniszczona cera. Zacięte wąskie usteczka. Małe cycki. Mała dupa. Niezgrabne nogi. Zawsze krótkie, gustowne sukienki i rozpuszczone platynowe, wycieniowane włosy. Decyzyjna. Niemiła. Nieuśmiechająca się. Atrakcyjna Suka. Zdecydowane przeciwieństwo mnie - poza tym ostatnim:))
Co zrobiła Moja Miłość?
WYZWANIE!! Uda się, czy sie nie uda?
Przyszła w czwartek... a w sobotę On już zamieszczał na facebooku komentarze do Jej zdjęć. (dostałam powiadomienie nie to żebym te głupoty śledziła). W weekend bombardował Ją mailami (na priva, więc musiał wyciagnąć takie info z kadr jeszcze w piątek- zadał sobie trochę trudu, nie? i sms'ami - sama się głupia po weekendzie pochwaliła, choć znałyśmy się dopiero dwa dni) Największą wtopę zaliczył próbując mnie wywieśc w pole, kiedy delikatnie Mu dokuczałam, że ma świezą krew w fimie i daje czadu na facebooku... powiedział: "to alkoholiczka.. nie wiedzisz tego? Popatrz na jej zdjęcia sprzed roku.. zobacz jak wygląda teraz... postarzała sie o 5 lat. Naparza w domu towar po pracy i w weekendy." "Mylisz się Kochanie, rok temu miała botoks.. ale się wchłonał- przez przypadek wiem, kobiety rozmawiają na rózne tematy". No i wtopa.
Zaczęło się. Obserwowałam nie mieszając się zbytnio. Raczej dystansując się do Tych Dwojga. Jak sie okazuje każdego dnia traciłam złudzenia a moje uczucie do niego umierało widząc jak standardowe stosuje gierki w stosunku do kobiet. Ona oprócz flirtu z Nim - co mogło jej sie opłacić (w końcu jest Jej przełożonym) zaliczała wszystkie możliwe randki (z poznanym 3 tyg temu przez neta facetem jedzie na świeta do domu i przedstawi go jako przyszłego meża i big love- spoko.. daję Im 100 dni.. hehe). On kiedyś robił kawe mnie, teraz robi Jej. Widzę to, bo Ona nie pije w filiżance.. a czasami ma zrobione..tylko On w tej firmie pije w filiżankach.
Jest jeszcze jednak kwestia. Na jesieni zaczął pożyczać ode mnie kasę. W sumie pozyczył juz ładną sumkę i dalej wisi. Zawsze jak chciał pożyczyć, stawał się przesadnie czuły i wyznawał miłość. Jak się zorientowałam na Jego "Kocham Cię" odpowiedziałam "gówno prawda" i zaniemówił. W sumie to się nie dziwię. Jednak On nie wie, że ja juz tyle na Jego temat wiem i jest na tak bacznej obserwacji. Dobił mnie w któryś piatek po pracy kiedy zbierałam sie do wyjścia tekstem: "pożyczysz mi jeszcze półtora kafla?" "Teraz?" "tak, oczywiście" (pewnie myślał, że jak zawsze wsiądziemy razem w moje auto, podjedziemy pod bankomat i dostanie w ciągu 10 min pożyczkę). Musicie sobie wyobraźić Jego minę kiedy odpowiedziałam:  "nie, nie oddałes mi jeszcze tamtych dwóch kafli. Nie zrobie tego dla zasady, choć mogłabym". Nasze relacje sie oziębiły. Choć przeciez powinien mnie docenić za asertywność, czyż nie? hehe
Jest jeszcze jedno.
On ma guza mózgu. Powiedział mi, że od 10 lat choruje i złapał mnie trochę na litość w lipcu. Jak sie poznaliśmy było z Jego zdrowiem naprawdę dobrze. Jednak przez pół roku obok jednego guza mózgu urósł drugi. Skąd wiem? Bo poszedł na operację 1-go grudnia. Oczywiście zaraz po operacji (w czasie której miał dwie zapaści) napisał do mnie sms, że już po i że jest źle (no bo guz odrósł obok starego o czym w sms;ie się nie pochwalił).. oczywiście zaraz pikneła komórka na biurku obok. Zdążył napisać także do Pani Kierowniczki. No comments. Myślałam, że w takich momentach i takie informacje pisze się tylko do najbliższych a nie do wszystkich w firmie (zwłaszcza do laski, którą zna tylko 2 tygodnie). Godzinę później miał jeszcze dwie zapaści. Oczywiście nie miał Go kto odebrać ze szpitala, więc się zadeklarowałam, że się zwolnię z pracy i po Niego pojadę (choć juz wcale nie miałam na to ochoty). Odpisał mi w dniu wypisu (2 dni po tych zapaściach), że ma spotkanie służbowe jak wyjdzie i że może podjechac do firmy to Go zawiozę do domu. No rzesz kurwa! Szofer? Wpadł do biura i nie wyglądał na chorego. Wyglądał lepiej ode mnie. Podobno ma 10 % szans na przeżycie tego roku. I takie tam opowieści. Była godzina 14-ta kiedy wparował do naszego pokoju. Spojrzałyśmy sie na siebie z Kierowniczką ze spojrzeniem "chyba ktos tu blefuje ze swoim złym stanem zdrowia". Kto mieszka w Wawie ten wie, że to ostatni gwizdek na przejechanie Wawy bez korków. Już sie prawie podniosłam gotowa robić za szofera, kiedy to usłyszałam "poczekaj na mnie, musimy zrobic spotkanie, Kierowniczka- do mnie". Zebrał grupę 4-ro osobową i zamknał się w akwarium na 3 h! Ja prace kończe o 16.15. Szczerze mówiąc miałam plany na popołudnie (siłownia) i nie chciałam z niczego rezygnować do tego leciec na drugi koniec Wawy, spalic pół baku i wrócic do domu na 20. Zabrałam się i wyszłam przed 17 na siłownię. Ile mozna czekać? No kurwa ile???  Nawet mnie o to nie prosił. Nawet nie przeprosił. Uznałam, że ktoś tu nie szanuje mojego czasu. Minelismy się jak wychodziłam. Rzuciłam tylko w drzwiach, że nie moge dłużej czekać. Próbował mnie podejśc gdzie jadę. nie odpowiedziałam, po prostu wyszłam rzucając "jak masz siłe na tyle spotkań, to w tramwaju raczej nie zemdlejesz" (On nie może prowadzić auta - bo w każdej chwili może zemdleć i spowodować wypadek więc jeździ komunikacją miejską)
To zepsuło nasze relacje dokumentnie. I dobrze. Niech robi kawki innym ciziom. Niech czaruje intelektem młodsze. Od początku podejrzewałam, że cos jest z Nim nie tak, skoro wszystkie partnerki po kolei Go zostawiały.
Jednak jestem solidarna z jajnikami. A Mojej Rywalce jestem wdzięczna do tego stopnia, że się z Nią zaprzyjaźniłam. Jeśli to w ogóle możliwe.:)
I jeszcze jedno. Kierowniczka jasno ... po dwóch dniach weekendowych zalotów wyśmiała je publicznie. Porozmawiała sobie z Nim, że sobie tego nie życzy, bo nie jest zainteresowana. często wali na Jego temat niewybredne żarty (np  na temat nadpotliwości). I jestem przekonana, że nie zachęcała Go do tych gierek.
Jak dla mnie zamykam temat tego Pana. Dużo się nauczyłam i doceniłam Mojego Misiaka.
Ah.. i cos na temat Jego funkcji w firmie, bo z pewnością dziwi Was, że jest bez kasy. Mnie w sumie też. Mianuje sie dyrektorem działu. Tak jest przedstawiany przez Dyr Generalnego, takie ma wizytówki. Taka ma funkcję, tylko dalej od maja nie podpisali umowy. Więc jest bez kasy. Nie bardzo to rozumiem, ale tak jest. Wysłałam Mu dzisiaj sms czy do Świąt odda mi kasę, bo wczoraj nie raczył odebrac ode mnie telefonu (kiedys natychmiast oddzwaniał, albo chociaż wysyłał sms), napisał, że mają się w środę rozliczyć. Mam nadzieję, bo krępuje mnie upominanie sie o kasę.

piątek, 16 grudnia 2011

Musze bo sie uduszę...

Skończyło się. Pękło jak banka mydlana. Ta cała iluzja, to całe wyssane z palca uczucie. Od miłości do nienawiści, albo zmęczenia materiału. Chciałam opisac to całe piękne uczucie, ale juz szkoda mi strzepic na nie języka i pióra. Nie będe sie denerwowała, więc zapamiętam tylko to co piękne. Namiętność i pożądanie czynią z nas kaleki.
Napiszę tylko tyle, że musimy razem pracować i jakoś nam idzie, dobrze, że w innych pokojach. Oczywiście odwiedzamy się, ale mamy sobie coraz to mniej do powiedzenia.
Słyszałyście o teorii 100 dni? Przed upłynięciem 100 dni nalezy sie rozstać i miec w sercu tylko piękne chwile i pewien niedosyt, rozstając się po 100 dniach człowiek nie wspomina całego bajzlu zbyt dobrze. U mnie ta metoda się sprawdziła. Jeszcze w 90- tym dniu wierzyłam, że sie nie sprawdzi, ale niestety i tu Kominek nie skłamał.
W głebi duszy cieszę się na to, że potrafię sie jeszcze zakochać. Cieszę się, że PRZEŻYŁAM 2011 rok pełną piersią. Carpe diem. Mam nadzieję, że nigdy się nie wyda ile zmalowałam, bo sie rumienię. Cieszę się na realizację zawodową. Na 9-cio godzinne rozstanie z dzieckiem, które dla mnie okazało się większym problemem niż dla Młodego. Przeprowadzka kompletnie mnie zaskoczyła. Dalej nie wierzę, że jestem w cholernej Warszawie, której nie trawię. Dalej nie wiem czy tu zostanę. Umowę podpisałam, choć to nic nei znaczy. Moje karty mówią mi, że sytuacja w firmie jest zła. Chyba ktoś tu kłamie, bo nie zauważyłam. Karty mówią, że zmienię zatrudnienie. Że Mój Maż stanie na nogi finansowo i psychicznie. Zmieni zawód. Oby sie wreszcie odważył. Oby...

sobota, 12 listopada 2011

Tytułem wyjaśnienia.

Normą jest ogół, nie margines. No nie jest to dla mnie aż tak oczywiste. Zawsze pociagał mnie margines i może dlatego wyprofilowałam własna drogę w baranie jajco z niezliczona ilością zakretów. Jest fajnie. Chociaż coś się dzieje. Może kiedyś zatocze krąg. To już drugi blog. Tamten sie zdezaktualizował. Chyba sam się zamknął. Jestem juz innym człowiekiem i nie zyje tylko życiem Małego człowieczka. Mały już nie taki Mały, więc nad czym się tu "spuszczać"? Kupki, zupki, pieluszki i nocne wędrówki sie zdezaktualizowały.
Ale do rzeczy. Od przeprowadzki z Pieknego miasta na W, do brzydszego, większego miasta na W. mineło pół roku. Zapierałam sie rekami i nogami. Trzy wróżki przepowiadały przeprowadzkę a ja robiłam wszystko, żeby sobie udowodnić, że nie mają racji. To sie stało. Tylko jedna zabroniła mi wracać do pracy w tym roku, bo rozpieprzy to rodzinę. Nie posłuchałam. Teraz trochę żałuję, bo sytuacja niepotrzebnie sie skomplikowała. Był plan budowy domu, za miesiąc pierwsza rocznica ślubu. Za 2 miechy nasze dziecko skończy trzy lata. Sielanka? Nie. Zachciało mi się wrócic do pracy, choć w domu było mi na prawde fajnie. Co gorsza znalazłam tą prace 400km od meza. Wyjechałam, zabrałam dziecko, dwie sukienki i dwa dni po rozpoczęciu pracy zakochałam się na zabój. Poznałam cudownego faceta. Nie bardzo wiem na ile jest cudowny a na ile mi sie wydaje, ale jest to egzemplarz jakiego zawsze szukałam. Pierwsze fajerwerki mamy już za sobą. Etap obserwacji i poznawania siebie w różnych zyciowych sytuacjach własnie przerabiamy. Razem pracujemy. W tym co robi jest najlepszy w Polsce, więc czerpię garściami te wiedzę i ciągle mi mało. Nie możemy się rozstać. Szef wymyślił nawet, że posadzi nas w jednym pokoju, żebyśmy przestali do siebie kursować. Dobrze, że tego nie zrobił, bo nie jesteśmy w stanie się skupić. Mam Go po swojej stronie i z wzajemnością. Codziennie czuję sie jak mała dziewczynka, która opiekuje się Dojrzały, Cudowny Mężczyzna. Często to ja przejmuje inicjatywę tej opieki. Dbamy o siebie. Mamy do siebie szacunek i nie możemy bez siebie żyć. Oczywiście w wymiarze przyjaźni, bo związkiem bym tego nie nazywała.
On - właśnie zdecydował się podpisac kontrakt menadżerski z moja firmą tylko po to, żeby stworzyć w niej dział dla nas i żeby mi pomóc w karierze. Ja, zdecydowałam sie przedłużyć niezbyt dobra umowę, tylko po to, żeby pracować z Nim. Uwielbiam Jego zapach, głos i mięsnie przedłokcia. On uwielbia mnie całą i każdą chwilę sam na sam. Nie rzucamy sie na siebie jak zwierzęta. Nie całujemy namiętnie jak tylko ktoś wyjdzie z socjala, albo z mojego pokoju. Nie chodzę do Niego do pokoju, żeby usiąśc w rozkroku i uwodzić. Możemy stać w milczeniu i wpatrywac się w siebie bez słowa odsunięci kilka metrów i często tylko po to do siebie przychodzimy. Chwilowe, niby przypadkowe muśnięcie ręka po karku, delikatne muśnięcie przez Jego wargi mojego nadgarstka albo czekająca na moim biurku gorąca kawa w kubku z wielkim sercem są nieocenione. Pomysłów jest wiele. Realizacja natychmiastowa. Po trzech tygodniach znajomości wyznaliśmy sobie miłość. Po miesiącu byłam gotowa wynając z Nim mieszkanie. Mój Mąż obraził się śmiertelnie, że Go "opuściłam" i że to zona powinna tuptać za Mężem a nie odwrotnie. Nawet jeśli to Ona ma zrezygnować z większych zarobków i samorealizacji. Pójście na całość byłoby totalnym szaleństwem. Stanie w rozkroku - mordęgą dla wszystkich. Niewiadome się mnożą. A mogłam nie wysłac tej cholernej CV do brzydkiego miasta na W. z którego wyjechałam 10 lat temu i do którego nigdy nie planowałam wracać.